poniedziałek, 3 lutego 2014

Ryga

Znowu z poślizgiem...

Nowy rok zaczęłam od tygodniowej podróży w stronę północy.
Wieczorem 1 stycznia wsiadłam z dziewczynami do busa i pomknęłyśmy zwiedzać Rygę, Tallinn, Helsinki i w drodze powrotnej Wilno.

I jakoś tak wyszło, że w wyniku częstych przejazdów oraz pory roku, było to głównie zwiedzanie po zmroku. Co nie jest dla mnie wadą, a wręcz zaletą. Miasta po po zachodzie słońca mają swój niepowtarzalny urok, który cenię (ach te cienie w mojej duszy...).

Najpierw Ryga ze swoją maleńką starówką, odrestaurowanymi secesyjnymi kamienicami, szeroką rzeką. Urocza.

A ja, zamiast zachwycać się jak turyści tymi kamieniczkami, poszukiwałam pustych miejsc, zaułków, długich cieni, mroku za latarniami... I jak się okazało, te poszukiwania nacechowały cały ten wyjazd i znakomitą cześć zdjęć. Ale to tylko jedno ze spojrzeń na to, i pozostałe miasta. Ot, tak mi się teraz podoba :)

Ale zacznę od koloru.
Pięknie oświetlony most, nazwany przez nas Okiem Rygi, nad kanałem Pilsetas w parku Bastejnkals



Kolejny most, bo mosty lubię, nad rzeką Daugavą (po polsku zwaną Dźwiną), niedaleko dworca autobusowego oraz naszego hostelu.



A to piękny mural na starówce




W drodze powrotnej z Tallinna, znowu pojawiłyśmy się w Rydze. O 3 rano wylądowałyśmy na dworcu i tu spędziłyśmy noc.
Opustoszały dworzec ryski, osnuty lekką mgłą, wyglądał fantastycznie.
Cisza. Pustka. I piękna przestrzeń.





O poranku, jak otworzyli dworcową kawiarnię, popijając kawę lurę, podziwiałam taki widok:
Wieżowiec Akademii Nauk Łotwy, hale bazaru, które kiedyś były hangarami dla zeppelinów i deszcz, deszcz...





Mi ten widok przypominał nasz PKiN oraz hale Kupieckie, co pewnie i Wy zauważycie, i poczułam się bardzo swojsko :)

Następny przystanek: magiczny Tallinn.

wtorek, 21 stycznia 2014

Babcia

bo Dzień Babci, bo za kilka dni będzie mieć 90 lat, bo odchodzi...


sobota, 14 grudnia 2013

podróż na latającym dywanie

Chyba każdy z nas to zna: zapach, który przywołuje wspomnienia. Wystarczy powąchać...




I tak ostatnio towarzyszą mi zapachy prowadzące do jednego miejsca. Wspomnienia są piękne, nie mniej świadomość, że miejsce to właściwie zostało tylko w pamięci (bo w rzeczywistości jest kupą gruzu), jest bardzo trudna. Mam na myśli Halab znane jako Aleppo.
Czyli znowu wracamy do Syrii.

Niedawno kupiłam dużą porcję za'ataru * z Aleppo (za'atar halabi). Zanim posmakowałam, to zaciągnęłam się mocno tym zapachem. I znowu, przez ułamek sekundy, byłam na suku, w piątkowy dzień. Suku pustym, bo piątek dla muzułmanów jest dniem wolnym od pracy.

 

I z każdego zamkniętego sklepiku wypełzał zapach. Wonie łączyły się, sunęły, krążyły, rozwiewały. Oplatały wszystkich, zanurzało się w nich.

Były zapachy mydeł, olejków, wonności, przypraw, kawy, mięsa. Zapach tego suku to była dla mnie kwintesencja orientalnych bazarów.
I w tym morzu zapachu wyraźnie wybijał się za'atar. Nie taki zwykły "przemysłowy", ale ten specyficzny dla Halab.




Teraz mam ten zapach zamknięty w słoiku.


Wystarczy, że otworzę słoik. Powącham. Posypię obficie hummus lub labneh.

Dla mnie niektóre zapachy są jak magiczny latający dywan. Potrafią przenosić w czasie i emocjach.
Taki jest zapach za'ataru, laurowego mydła z Aleppo czy olejku oudh kupionego w Damaszku.
I kocham tą magię, chociaż czasami przynosi ból.

* za'atar (زَعْتَر‎) jest to mieszanka przypraw, głównie dzikiego tymianku (od którego bierze swoja nazwę), prażonego sezamu, sumaku i soli. Odmian za'ataru jest dużo, jak i dodatkowych składników. W smaku bardzo specyficzna, kwaskowata od sumaku.

niedziela, 17 listopada 2013

czas na kawę


Testowałam różnego rodzaju wersje peelingów kawowych: od używania fusów po kawie, do gotowania mielonej kawy z cynamonem.
Ten jest moim faworytem. Cukrowo-kawowy z oliwą i dodatkami.

Bez względu na to jaki wybierzemy dla siebie, wszystkie mają jedną wadę: niesamowicie brudzą łazienkę ;)
Peeling używam więc przed szorowaniem wanny i kafelków a nie po... bo trzeba by było to robić od nowa.


Poniższy jest rozwinięciem bazowego, cukrowego.
Ma właściwości nie tylko ścierające martwy naskórek, ale także ujędrniające i antycellulitowe dzięki kawie. Dodając olejki możemy zwiększyć działanie kawy (np olejek geraniowy i grapefruitowy) lub wzbogacić o nowe, w zależności od potrzeb.
Warto więc zagłębić się trochę w tajniki aromaterapii i stosować taką jej formę regularnie.


 Peeling cukrowo-kawowy

1/2 szklanki nierafinowanego brązowego cukru
1/2 szklanki mielonej kawy
1/2 szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia
2 łyżeczki soli morskiej
2 łyżeczki mielonego cynamonu
około 10 kropel ulubionego olejku eterycznego (lub kilku).

Cukier, kawę i sól wsypujemy do miski. Partiami wlewamy oliwę mieszając dokładnie. Mieszanka ma być mokra od oliwy ale w niej nie pływać. W tej sucha kawa wchłonie częściowo oliwę, więc może się okazać, że będzie jej potrzeba nieco więcej niż w przypadku peelingu cukrowego.

Dodajemy cynamon oraz olejek eteryczny. Mieszamy i przekładamy do słoika, dokładnie zakręcamy i trzymamy w łazience blisko wanny/prysznica.


Ten peeling warto zostawić na skórze nieco dłużej. Kofeina ma fantastyczne właściwości ujędrniające i antycellulitowe, niech więc ma chwilę na działanie.


Po peelingu nie myjemy skóry, żeby nie zmywać warstwy emulsji, za to porządnie szorujemy wannę lub kabinę prysznicową i kafelki ;)

Z tego co zauważyłam, wszystkie scruby cukrowe są dość delikatne. Cukier rozpuszcza się na mokrej skórze i efekt ścierania nie trwa zbyt długo. Wszelkiego rodzaju nierozpuszczalne dodatki wzmacniają ich działanie. Także jeśli potrzebujecie peeling do zadań specjalnych (szorstka, zmęczona skóra, cellulit, brak energii), to ten jest godny polecenia.


czwartek, 7 listopada 2013

słodki wieczór

To prawda, my kobiety, lubimy dbać o swój wygląd, lubimy czuć się piękne, atrakcyjne i szczęśliwe w swojej skórze.

I jeśli nie przesadzamy w którąś ze stron (nadmierny makijaż, sztuczna opalenizna i kolor włosów z jednej strony, a z drugiej zarośnięte nogi, niezadbane paznokcie, zanieczyszczona cera etc), jest to normalne i nie ma nic wspólnego z próżnością. Zdrowe podejście, ot co.

I o tym dzisiaj chciałam napisać.
Zdrowe podejście do pielęgnacji to także świadomy wybór kosmetyków.
Zamiast wrzucać w sklepie do koszyka kolejne reklamowane w tv mazidła o iście chemicznym składzie, warto nauczyć się wybierać te wartościowe. Warto nauczyć się czytać etykiety, sięgać po naturalne kosmetyki i zaprzestać nakładać tony chemii na skórę, która przenika przez nią do naszego organizmu. Niech przenika tylko to co dobre i nieszkodliwe :)

Od dobrych dwóch lat robię własne mydła, od czasu do czasu kremy, stosuję naturalne oleje i masła roślinne. Robię własne cienie do oczu, używam mineralnych podkładów.
Absolutnie nie rezygnuję z drogeryjnych czy aptecznych kosmetyków, ale staram się kupować z głową.
Jestem zadowolona ze swojej skóry i włosów i uważam, że nie zdradzają mojego wieku. Kto mnie zna, to wie ;)

Dzisiaj podrzucam Wam na zachętę prosty przepis na naturalny peeling do ciała. Większość składników macie w kuchni :)



Peeling cukrowo-cynamonowy z olejkami eterycznymi

1 szklanka nierafinowanego brązowego cukru
1/2 szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia
2 łyżeczki mielonego cynamonu
około 10 kropel ulubionego olejku eterycznego (lub kilku). Koniecznie dobrej jakości, naturalnego do aromaterapii. Te dostępne w aptekach są bezpieczne.

U mnie jest całkiem imponujący zestaw: olejek pomarańczowy, goździkowy, kardamonowy i z czarnego pieprzu. Dodatkowo kropelka olejku z drzewa herbacianego, bo jest antyseptyczny i antybakteryjny.


Cukier wsypujemy do miski. Partiami wlewamy oliwę mieszając dokładnie. Cukier nie może pływać w oliwie. Ma być jej tyle, żeby cukier był nią oblepiony i żeby nie był suchy.

Dodajemy cynamon oraz olejek eteryczny. Mieszamy dokładnie i przekładamy do słoika.
Słoik trzymamy zakręcony w łazience, pod ręką.

Po peelingu nie myjemy skóry, żeby nie zmywać warstwy oliwy z olejkami, bo one są jak balsam :)

 Smacznego ;)

wtorek, 5 listopada 2013

świat pod podłogą

Nagle, całkiem nagle odkryłam, że piwnica to ciekawe miejsce.

Może dlatego, że oswoiła się ze mną a ja z nią, albo dlatego, że zanoszę do niej emocje i puste słoiki a wychodzę lżejsza...

Zejdę tam jeszcze z aparatem i statywem (zdjęcia z ręki przy tak minimalnym oświetleniu, to jednak niezbyt udany pomysł).

 





czwartek, 24 października 2013

heaven, I'm in heaven

Miało nie być o jedzeniu. Bardzo chciałam, żeby nie było o jedzeniu. Nie wyszło ;)

Dzisiaj, w ramach kolejnych kulinarnych eksperymentów, zrobiłam budyń czekoladowy.

Niby nic niezwykłego, ale... budyń jest całkowicie wegański, roślinny.
I uwierzcie mi, niesamowicie pyszny!



A przepis jest taki:
 
pół dojrzałego awokado
1 duży dojrzały banan
2 łyżki dobrego kakao
syrop z agawy lub klonowy do osłodzenia, do smaku
odrobina lodowatej wody (można zastąpić mlekiem roślinnym)

Awokado, banana i kakao miksujemy dolewając bardzo małymi porcjami wodę do uzyskania odpowiedniej konsystencji (czyli gęstej).

Na koniec dodajemy syrop do smaku i miksujemy.
Można podkręcić wanilią. Ja posypałam cynamonem.

Smacznego :)

środa, 23 października 2013

eksperymenty

Eksperymenty w kuchni to jest to co lubię. Kocham.
A ilość dziwnych przepisów i testów jest tym większa im lepszy mam nastrój.

Dlatego dzisiaj ukręciłam pesto z jarmużu zielonego i fioletowego. Pyszne.


Zgadnijcie jak się dzisiaj czuję ;)

środa, 16 października 2013

piękność dnia

Poszłam na targ.
Kupiłam sześć rzep.


Każda inna w kolorze.
Prawdziwe piękności, które ukiszę z burakami na różowo, ale zanim to się stanie podziwiam ich wnętrze:)



Makhalallat  to arabskie* kiszone warzywa. Właściwie coś pomiędzy piklami a kiszonkami.
Specyficzne w smaku i wyglądzie. Podawane do posiłków jako przystawki i dodatki.

Stragany z makhalallat są widoczne z daleka. Bajecznie kolorowe warzywa, cudnie poukładane, przyciągające wzrok.

Jeden z nich w Damaszku:


Poza rzepą, kisi się właściwie wszystko: kapustę, marchewkę, kalafiora, buraki, bakłażany, papryki, ogórki. Barwi się je na różne kolory. Oczywiście za pomocą warzyw i przypraw (buraki, bordowa marchew, kurkuma).

Osobiście najbardziej lubię jadowicie różową rzepę :)

Poniższy przepis na kiszonki pochodzi z cudownej książki  Poopa Dweck Aromas of Aleppo.

Zalewa:
3 szklanki wody mineralnej lub filtrowanej
1 szklanka octu winnego lub jabłkowego (dałam jabłkowy)
1/4 szklanki soli
1/2 łyżeczki papryki z Aleppo (pominęłam)

Moje 6 rzep umyłam, obrałam i pokroiłam w grube plastry. Ułożyłam w słoikach.
1 buraka (umytego, obranego) pokroiłam na plastry a następnie każdy na ćwiartki. Upchałam do słoików z rzepą.
Zalałam powyższą zalewą aby przykryła warzywa. Zakręciłam słoiki.

Teraz należy zostawić je przez dobę w cieple, a następnie włożyć do lodówki.

Gotowe do jedzenia będą za 4 do 6 dni.
Można trzymać do 3 tygodni (ale myślę, że dłużej też).


* pisząc arabskie mam na myśli obszar Lewantu, którego kuchnia jest specyficzna i różni się znacząco od np. kuchni Maghrebu, czyli północnej Afryki

poniedziałek, 14 października 2013

kolor zwyciężył, na chwilę

Poddałam się jesieni. Ubrałam sweter i zamszowe buty na obcasie.
Okręciłam szyję ciepłym szalem i poszłam fotografować kolory.





Nazbierałam rajskich jabłek do kieszeni i obrywałam suszone owoce czarnego bzu.




A potem wróciłam do czarno białych zdjęć ;)