W pochmurne i zimne dni potrzeba mi więcej energii, więcej chęci do życia i uśmiechu.
I mam na to sposób :)
Wystarczy wziąć garść daktyli i je zjeść (mają dużą zawartość cukru i przeciwutleniaczy, witamin i minerałów) a jeszcze lepszym sposobem, to je usmażyć!
Daktyle smażone na niewielkiej ilości ghee zyskują na słodyczy, zwiększają się doznania smakowe. Taki daktyl jest jak bomba przyjemności :)
Smażymy je tylko po jednej stronie (strona przecięcia, bez pestki oczywiście) i tylko chwilę, aby cukier się skarmelizował. Dzięki temu mamy chrupiącą skorupkę, i ciepły owoc :)
Takie daktyle lubię w towarzystwie domowego sera shanklish obtoczonego w papryce. A dzisiaj, dla podkreślenia słodyczy, były także ziarna granatu.
Takie śniadanie to pieszczota nie tylko dla języka ale i oka.
Nie można zapomnieć o nosie, bo pachną nieziemsko!
A jak lubicie fotografie w takiej ciemnej tonacji, to polecam Wam piękny, nowy magazyn kulinarny Smak.
niedziela, 18 listopada 2012
środa, 7 listopada 2012
tymczasem...
Praca twórcza wre, chociaż poszła w nieco innym kierunku.
A wszystko zaczęło się ponad 2 lata temu w mieście Halab, znanym szerzej jako Aleppo w Syrii.
Odwiedziłam tam kilkuset letnią (a może ponad tysiąc letnią?) fabrykę mydła.
Oczarował mnie zapach, zaintrygował proces i zaciekawiło mydło, brzydkie wizualnie.
Mydło okazało się tak doskonałe, że przez rok czerpałam tylko kolejne kostki z zapasów z nadzieją, że wrócę niebawem i zaopatrzę się w kilka ton ;)
Niestety, wojna domowa w Syrii pokrzyżowała plany. Walki w Aleppo zniszczyły najstarszą część miasta, fabryki najprawdopodobniej też. Sankcje gospodarcze nałożone na Syrię uniemożliwiają handel. Z resztą obecnie większość mieszkańców Halab uciekła bądź została wymordowana. Ci co żyją i zostali, ukrywają się. Nie ma mowy o zwykłym życiu.
To co tam się dzieje, to wielka, wielka tragedia... Brak mi na to słów...
Ale, nie miało być o wojnie a o mydle.
Zmuszona sytuacją, zaciekawiona procesem tworzenia, od około roku wyrabiam moje własne mydła.
I nieskromnie powiem Wam, że są to doskonałe mydła :)
A z czego są te mydła, co je czyni tak dobrymi, zapytacie.
Mydła robię tak zwaną "metodą na zimno".
Najpierw ług, który się studzi do 40 stopni.
Potem podgrzewam oliwę do 40 stopni. Ważne aby oliwa była najbardziej doskonała jak się tylko da! Oczywiście oliwa z pierwszego tłoczenia, świeża, nie może być utleniona czy zjełczała.
Potem łączy się obie substancje i wylewa do formy.
Resztę robi czas. Im dłużej mydło jest sezonowane (2 miesiące to minimum), tym lepsze, delikatniejsze dla skóry.
Efektem końcowym jest mydło, które jest zarówno balsamem i lekiem :)
Cudowny eliksir w kostce :)
Kto zna, ten wie o czym piszę ;)
Uściski i dużo piany :*
A propos piany, te mydła jej nie tworzą. Ciekawostka, prawda? Zamiast piany powstaje emulsja, która jest bardzo przyjemna w myciu :)
A wszystko zaczęło się ponad 2 lata temu w mieście Halab, znanym szerzej jako Aleppo w Syrii.
Odwiedziłam tam kilkuset letnią (a może ponad tysiąc letnią?) fabrykę mydła.
Oczarował mnie zapach, zaintrygował proces i zaciekawiło mydło, brzydkie wizualnie.
Mydło okazało się tak doskonałe, że przez rok czerpałam tylko kolejne kostki z zapasów z nadzieją, że wrócę niebawem i zaopatrzę się w kilka ton ;)
Niestety, wojna domowa w Syrii pokrzyżowała plany. Walki w Aleppo zniszczyły najstarszą część miasta, fabryki najprawdopodobniej też. Sankcje gospodarcze nałożone na Syrię uniemożliwiają handel. Z resztą obecnie większość mieszkańców Halab uciekła bądź została wymordowana. Ci co żyją i zostali, ukrywają się. Nie ma mowy o zwykłym życiu.
To co tam się dzieje, to wielka, wielka tragedia... Brak mi na to słów...
Ale, nie miało być o wojnie a o mydle.
Zmuszona sytuacją, zaciekawiona procesem tworzenia, od około roku wyrabiam moje własne mydła.
I nieskromnie powiem Wam, że są to doskonałe mydła :)
A z czego są te mydła, co je czyni tak dobrymi, zapytacie.
Mydła robię tak zwaną "metodą na zimno".
Najpierw ług, który się studzi do 40 stopni.
Potem podgrzewam oliwę do 40 stopni. Ważne aby oliwa była najbardziej doskonała jak się tylko da! Oczywiście oliwa z pierwszego tłoczenia, świeża, nie może być utleniona czy zjełczała.
Potem łączy się obie substancje i wylewa do formy.
Resztę robi czas. Im dłużej mydło jest sezonowane (2 miesiące to minimum), tym lepsze, delikatniejsze dla skóry.
Efektem końcowym jest mydło, które jest zarówno balsamem i lekiem :)
Cudowny eliksir w kostce :)
Kto zna, ten wie o czym piszę ;)
Uściski i dużo piany :*
A propos piany, te mydła jej nie tworzą. Ciekawostka, prawda? Zamiast piany powstaje emulsja, która jest bardzo przyjemna w myciu :)
Etykiety:
Syria,
twórcze kosmetyki
środa, 30 maja 2012
sobota, 14 kwietnia 2012
co u mnie?
Jestem cały czas poza sferą blogową, ale nadal w sieci.
Uaktywniłam się ostatnio na grupie Zdrowo Podjeść (od kilku miesięcy), a co za tym idzie, rozwijam się kulinarnie.
Niestety, jak to u mnie bywa, rozwój jednej dziedziny powoduje uśpienie innej. I tak tworzenie biżuterii odwiesiłam na kołek i nie spoglądam w jej kierunku, bo czuję wyrzuty sumienia.
Z blogiem jest podobnie... Ale urodziny to taki czas, kiedy zastanawiam się nad swoim życiem.
Zastanowiłam się dzisiaj i postanowiłam podjąć próbę odkurzenia bloga, przyłożenia się do arabskiego, powrotu na jogę a w dalszych planach tworzenia biżuterii. Do zajęcia sie sobą nie tylko w kwestii rozwoju kulinarnego.
Nie trzymajcie mnie za słowo, bo czasami na dobrych chęciach się kończy. Ale spróbuję :)
Na razie pokażę Wam trochę moich chlebowych wypieków.
Chleby bowiem uwielbiam, a piec je kocham pasjami :)
Zachęcam do pieczenia samemu :)
Smacznego
I jeszcze keks na białkach z suszonymi owocami (a nie kandyzowanymi):
Ewentualne ślinotoki wybaczcie mi, proszę ;)
Uaktywniłam się ostatnio na grupie Zdrowo Podjeść (od kilku miesięcy), a co za tym idzie, rozwijam się kulinarnie.
Niestety, jak to u mnie bywa, rozwój jednej dziedziny powoduje uśpienie innej. I tak tworzenie biżuterii odwiesiłam na kołek i nie spoglądam w jej kierunku, bo czuję wyrzuty sumienia.
Z blogiem jest podobnie... Ale urodziny to taki czas, kiedy zastanawiam się nad swoim życiem.
Zastanowiłam się dzisiaj i postanowiłam podjąć próbę odkurzenia bloga, przyłożenia się do arabskiego, powrotu na jogę a w dalszych planach tworzenia biżuterii. Do zajęcia sie sobą nie tylko w kwestii rozwoju kulinarnego.
Nie trzymajcie mnie za słowo, bo czasami na dobrych chęciach się kończy. Ale spróbuję :)
Na razie pokażę Wam trochę moich chlebowych wypieków.
Chleby bowiem uwielbiam, a piec je kocham pasjami :)
Zachęcam do pieczenia samemu :)
Smacznego
I jeszcze keks na białkach z suszonymi owocami (a nie kandyzowanymi):
Ewentualne ślinotoki wybaczcie mi, proszę ;)
Etykiety:
twórcza kuchnia
piątek, 6 stycznia 2012
zimno, zimniej, nieprzyjemnie
Z nosa cieknie, zatoki bolą, dreszcze łapią. Na dworze nieprzyjemny ziąb.
W takich momentach najlepiej się rozgrzać zupą.
Konkretna, mięsną, tłustą, ostrą, gorąca i kwaśną.
Soljanką :)
składniki:
200 g wieprzowiny
200 g cielęciny
... 200 g wołowiny
100 g wędzonki
2 l wywaru lub wody
2 cebule
2-3 ogórki kwaszone
1-2 ogórki konserwowe
100 g koncentratu pomidorowego
5-6 ząbków czosnku
1/2 kostki masła
olej/oliwa
20 zielonych oliwek
sól
pieprz
śmietana 18%
cytryna
przepis:
Pokrojone w kostkę mięsa przesmażamy na oleju wraz z posiekaną cebulą i czosnkiem.
Wędzonkę przesmażamy oddzielnie.
Mięso z cebulą zalewamy wywarem i wodą, dodajemy wędzonkę i gotujemy przez minimum pół godziny.
Ogórki kwaszone kroimy w kostkę i dusimy na maśle. Dodajemy do zupy.
Następnie dodajemy pokrojone w kostkę ogórki konserwowe, koncentrat pomidorowy i oliwki pokrojone w plasterki.
Doprawiamy do smaku solą i pieprzem (duuużo pieprzu) i gotujemy jeszcze kilkanaście minut.
Podajemy z kleksem śmietany i plasterkiem cytryny :)
Smacznego :)
Etykiety:
twórcza kuchnia
środa, 9 listopada 2011
spełniamy marzenie
Edit 4.12:
kilka dni temu ukazała się pełna lista uczestników. Buka jedzie!!! Marzenie wygrane i to się liczy :)
***********************************************************************************
Edit 15.11:
Asia zdobyła 2 miejsce, czyli nie wygrała podróży swojego życia :(
Nie mniej zaciskajcie kciuki, bo organizator wybierze jeszcze jedną osobę z Polski, która dołączy do wyprawy. Zaciskajcie kciuki, aby wybrał Asię!
Bardzo wszystkim dziękuję za udział w głosowaniu.
Pomimo, ze Buka przegrała, to pokazaliśmy jak wielka siła jest w nas, przyjaciołach, znajomych i całkiem nieznajomych ludziach. Pokazaliśmy jak można fajnie i uczciwie walczyć pomimo brzydkich zagrywek popleczników przeciwnika i języka nienawiści jaki stosowali.
Dzięki! I angażujcie się w kolejne podobne akcje :)
***********************************************************************************
Moje Czytaczki i Obserwatorki, moi Czytacze i Obserwatorzy.
Mam, jak nigdy, ogromną prośbę.
Przyjaciółka moich znajomych, Asia Bukowska, alias Buka :), ma ogromne marzenie aby jechać za Koło Podbiegunowe, do Laponii.
Możemy jej to umożliwić, gdyż bierze udział w castingu na taką wyprawę! 330 km po śniegach i mrozach na psich zaprzęgach!
Aby spełnić to marzenie nie musimy zrobić wiele.
Jeśli macie konto na facebooku, klikacie w ten link i głosujecie na Asię (głosuje się raz).
Umieszczacie na swojej ścianie link do wydarzenia i rozsyłacie znajomym. Niech też zagłosują i niech namawiają swoich znajomych.
Jeśli nie macie konta na facebooku i nieć nie chcecie, to też możecie pomóc Asi :)
Rozsyłajcie mailem informacje i linki (ten i ten) do znajomych i proście o głosowanie i rozpowszechnianie.
Możecie też umieścić na swoim blogu poniższy baner i link do głosowania oraz link do wydarzenia.
Każdy sposób jest dobry :)
Głosowanie trwa do 15 listopada, a konkurencja Asi (mistrz Polski muszerów, czyli psich zaprzęgów) jest już tuż tuż.
Pan Grzegorz może sobie na taką wyprawę pojechać, dla Asi jest to jedyna szansa i ogromne marzenie.
Wyobraźcie sobie jakie to musi być piękne uczucie spełnić swoje marzenie!
Głosujemy po to aby Asia mogła to poczuć, aby zwykła dziewczyna z marzeniami wygrała z zawodowcem, aby pokazać, że pomoc znajomych i nieznajomych działa cuda, aby jej syn był z niej dumny i aby samotne matki wiedziały, ze i one mogą spełniać swoje marzenia i dla wielu wielu innych powodów :)
Dlatego liczę na Was :)
kilka dni temu ukazała się pełna lista uczestników. Buka jedzie!!! Marzenie wygrane i to się liczy :)
***********************************************************************************
Edit 15.11:
Asia zdobyła 2 miejsce, czyli nie wygrała podróży swojego życia :(
Nie mniej zaciskajcie kciuki, bo organizator wybierze jeszcze jedną osobę z Polski, która dołączy do wyprawy. Zaciskajcie kciuki, aby wybrał Asię!
Bardzo wszystkim dziękuję za udział w głosowaniu.
Pomimo, ze Buka przegrała, to pokazaliśmy jak wielka siła jest w nas, przyjaciołach, znajomych i całkiem nieznajomych ludziach. Pokazaliśmy jak można fajnie i uczciwie walczyć pomimo brzydkich zagrywek popleczników przeciwnika i języka nienawiści jaki stosowali.
Dzięki! I angażujcie się w kolejne podobne akcje :)
***********************************************************************************
Moje Czytaczki i Obserwatorki, moi Czytacze i Obserwatorzy.
Mam, jak nigdy, ogromną prośbę.
Przyjaciółka moich znajomych, Asia Bukowska, alias Buka :), ma ogromne marzenie aby jechać za Koło Podbiegunowe, do Laponii.
Możemy jej to umożliwić, gdyż bierze udział w castingu na taką wyprawę! 330 km po śniegach i mrozach na psich zaprzęgach!
Aby spełnić to marzenie nie musimy zrobić wiele.
Jeśli macie konto na facebooku, klikacie w ten link i głosujecie na Asię (głosuje się raz).
Umieszczacie na swojej ścianie link do wydarzenia i rozsyłacie znajomym. Niech też zagłosują i niech namawiają swoich znajomych.
Jeśli nie macie konta na facebooku i nieć nie chcecie, to też możecie pomóc Asi :)
Rozsyłajcie mailem informacje i linki (ten i ten) do znajomych i proście o głosowanie i rozpowszechnianie.
Możecie też umieścić na swoim blogu poniższy baner i link do głosowania oraz link do wydarzenia.
Każdy sposób jest dobry :)
Głosowanie trwa do 15 listopada, a konkurencja Asi (mistrz Polski muszerów, czyli psich zaprzęgów) jest już tuż tuż.
Pan Grzegorz może sobie na taką wyprawę pojechać, dla Asi jest to jedyna szansa i ogromne marzenie.
Wyobraźcie sobie jakie to musi być piękne uczucie spełnić swoje marzenie!
Głosujemy po to aby Asia mogła to poczuć, aby zwykła dziewczyna z marzeniami wygrała z zawodowcem, aby pokazać, że pomoc znajomych i nieznajomych działa cuda, aby jej syn był z niej dumny i aby samotne matki wiedziały, ze i one mogą spełniać swoje marzenia i dla wielu wielu innych powodów :)
Dlatego liczę na Was :)
Etykiety:
komentarze rzeczywistości
poniedziałek, 24 października 2011
ostatni urlop tego roku
Niedawno wróciłam z tygodniowego pobytu w Tunezji.
Niby nic niezwykłego, powiecie, Tunezja oklepana jest i okupowana przez turystów.
Tak, tak, zgadzam się, jednak moja podróż była niezwykła, choć krótka.
Pojechałam bowiem praktykować jogę na Saharze.
Pięć pełnych dni i nocy na tej niezwykłej pustyni, codzienna joga o wchodzie i zachodzie słońca, codzienna wędrówka z karawaną i zero świata zewnętrznego, zero cywilizacji rozwiniętej (nawet zegarki zostały w mieście), conocne podziwianie nieba usianego gwiazdami, świerszcze, porykiwania wielbłądów i herbata gotowana na ognisku.
I nie umiem Wam opowiedzieć, jak to wszystko było niesamowite. Próbuję ale kasuję kolejne zdania, bo nie chcę wprowadzać tu patetycznych tonów, grafomańskich tekstów.
Moje emocje zostawiam więc w sobie a wy popatrzcie na te kilka zdjęć :)
Napiszę Wam jeszcze jedno. Warto spełniać swoje marzenia, bo te spełnione robią miejsce na następne :) Ja kolejne już mam :)
Niby nic niezwykłego, powiecie, Tunezja oklepana jest i okupowana przez turystów.
Tak, tak, zgadzam się, jednak moja podróż była niezwykła, choć krótka.
Pojechałam bowiem praktykować jogę na Saharze.
Pięć pełnych dni i nocy na tej niezwykłej pustyni, codzienna joga o wchodzie i zachodzie słońca, codzienna wędrówka z karawaną i zero świata zewnętrznego, zero cywilizacji rozwiniętej (nawet zegarki zostały w mieście), conocne podziwianie nieba usianego gwiazdami, świerszcze, porykiwania wielbłądów i herbata gotowana na ognisku.
I nie umiem Wam opowiedzieć, jak to wszystko było niesamowite. Próbuję ale kasuję kolejne zdania, bo nie chcę wprowadzać tu patetycznych tonów, grafomańskich tekstów.
Moje emocje zostawiam więc w sobie a wy popatrzcie na te kilka zdjęć :)
Napiszę Wam jeszcze jedno. Warto spełniać swoje marzenia, bo te spełnione robią miejsce na następne :) Ja kolejne już mam :)
Etykiety:
komentarze rzeczywistości,
Sahara
sobota, 8 października 2011
śniadanie
Kilka dni temu ukazało się w księgarniach polskie wydanie książki Sophie Dahl "apetyczna panna Sophie".
Nie planowałam kupować, ale po zapoznaniu się z egzemplarzem Oli, zmieniłam zdanie :) I to była trafna decyzja. Zakochałam się w tych prostych daniach, łatwych przepisach i niesamowitym efekcie.
Dzisiaj zrobiłam śniadanie z jednego z przepisów, który mnie bardzo zainteresował. I wiecie co, tak pysznego śniadania od dawna nie jadłam :)
Pieczone brzoskwinie z cynamonem i jogurtem waniliowym wg Sophie Dahl
4 dojrzałe, ale twarde brzoskwinie (wzięłam 2, po 1 na osobę)
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka cukru trzcinowego (dałam ciemne muscovado)
1 łyżka masła lub oleju (masło pasuje idealnie, ma cudowny zapach :))
2 szklanki jogurtu naturalnego (wzięłam szklankę jogurtu)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (z braku ekstraktu i naturalnej wanilii, zastąpiłam cukrem wanilinowym)
1 łyżka syropu z agawy lub miodu (i w tym wypadku dokonałam zamiany na cukier trzcinowy)
Piekarnik rozgrzać do 230 stopni.
Umyć brzoskwinie, przepołowić i wująć pestki.
Ułożyć w brytfannie lub innym naczyniu do zapiekania.
Posypać każdą połówkę cynamonem, cukrem. Na brzoskwiniach położyć po kawałku masła, lub skropić olejem.
Zapiekać 10 minut.
Brzoskwinie podawać gorące, polane jogurtem.
Można przybrać świeżą miętą.
Brzoskwinie są obłędne! Po jednej na osobę to za mało. Sugeruję zaopatrzyć się w większą ilość :)
Jednakże pieczone brzoskwinie, nie były jedyną potrawą tego śniadania. Słoną część stanowiła obsmażana dynia śniadaniowa (przepis tu), ser solankowy sirene, muhammara czyli syryjska pasta z papryki i orzechów włoskich, chutnej ze śliwek, chleb razowy i pomidorki.
Do tego herbata z kardamonem.
I to była prawdziwa śniadaniowa uczta :) Kocham takie weekendowe śniadania i podobnych wam życzę :)
Etykiety:
twórcza kuchnia
poniedziałek, 3 października 2011
galeria poszukiwana
Dzisiaj Pakamera poinformowała mnie o zakończeniu współpracy. Przyczyna: zbyt małe zainteresowanie niż oczekują. Tłumaczenie jest proste- Pakamera ostatnio na mnie nie zarabia.
Rozumiem, iż jest to transakcja wiązana, ale czuję się urażona formą, brakiem wcześniejszego uprzedzenia i ogólnym "pieprzeniem", że było nam miło, cenimy Twoje prace, etc, etc.
Także na chwilę obecną moje prace możecie znaleść w Brocante.
W ciągu kilku dni przeniosę do tej galerii wszystkie moje prace z Pakamery.
W związku z tą sytuacją poszukuję jakiejś przyjaznej galerii, gdzie mogłabym się wystawić. Polecacie coś?
Po powrocie z Sahary mam zamiar zabrać się znowu za pracę. I będzie to na pewno biżuteria stylizowana i inspirowana etniczną :)
Rozumiem, iż jest to transakcja wiązana, ale czuję się urażona formą, brakiem wcześniejszego uprzedzenia i ogólnym "pieprzeniem", że było nam miło, cenimy Twoje prace, etc, etc.
Także na chwilę obecną moje prace możecie znaleść w Brocante.
W ciągu kilku dni przeniosę do tej galerii wszystkie moje prace z Pakamery.
W związku z tą sytuacją poszukuję jakiejś przyjaznej galerii, gdzie mogłabym się wystawić. Polecacie coś?
Po powrocie z Sahary mam zamiar zabrać się znowu za pracę. I będzie to na pewno biżuteria stylizowana i inspirowana etniczną :)
Etykiety:
komentarze rzeczywistości
wtorek, 20 września 2011
druga szansa
Czasami zdarza się tak, że coś, co na pierwszy rzut oka nadaje się tylko do kosza, potrafi okazać się czymś niewzwykłym.
Tak było z tym pierścionkiem.
Stary utwardzacz do emalii, w którym coś się wytrąciło, spowodował, ze emalia zamiast twardnieć zaczęła bąbelkować... podgrzanie palnikiem nie ustabilizowało jej a wręcz trochę przypiekło.
Myślę sobie- do wyrzucenia, ale szkoda mi tyle srebra marnować.Zeszlifuję więc wierzch. może spodnia warstwa będzie wyglądała lepiej.
Zdarłam i oniemiałam. Wyszło coś jak porowaty kamień, skała w kolorze fioletu przechodzącym miejscami do brązu. I te srebrne punkty, wypełnione emalią....
Jestem oczarowana i będę próbowała ten efekt powtórzyć :)
Tak było z tym pierścionkiem.
Stary utwardzacz do emalii, w którym coś się wytrąciło, spowodował, ze emalia zamiast twardnieć zaczęła bąbelkować... podgrzanie palnikiem nie ustabilizowało jej a wręcz trochę przypiekło.
Myślę sobie- do wyrzucenia, ale szkoda mi tyle srebra marnować.Zeszlifuję więc wierzch. może spodnia warstwa będzie wyglądała lepiej.
Zdarłam i oniemiałam. Wyszło coś jak porowaty kamień, skała w kolorze fioletu przechodzącym miejscami do brązu. I te srebrne punkty, wypełnione emalią....
Jestem oczarowana i będę próbowała ten efekt powtórzyć :)
Etykiety:
emalia,
pierścionki,
srebro
Subskrybuj:
Posty (Atom)










